Wejście | Kopalnia | Kątownia | Rentgen | Księga VIP-ów | Przewodnik
subskrypcja:
szukaj:

Śmiechu warte - dowcipy, kawały [...] - dodaj jakieś
Jadalnia
Teksty dłuższe, niekoniecznie zabawne NiePoradnik
wszystkie njusy z podziałem na kategorie Biuletyn
dowcipy kawały żarty - podział na kategorie Śmiechu warte
Biorytm Przebadaj się
recommend site Poleć ten Oddział
mail me mjel Mienia
Badanie psycho...!:)
Jaki kolor najbardziej kojarzy ci się z seksem ?
czerwony
niebieski
biały
czarny
różowy
zielony
żółty
szary
inny

[wyniki | ankiety]
KOPALNIA
śmieszne mp3, czasem głupie, fajne Mp3 - śmieszne i nie
_________
SKRZYNIA:
programy Przydatnik
programy Różne

Filmy Video VIDEOTEKA (58)

FLASZOWNIA (176)
Gierki online
- Krwawe
- Reflexor
- Sexmisje
- Sportowe
- Pif-Paf
- IQ
- Różne
cała reszta:
- Filmiki
- Klip(s)y
- Erotyczne
- Inne

w Kopalni:
___________
Nowe:
Euro2008 Polska - Niemcy
Achmed Martwy Terrorysta śpiewa kolędę
Krzysztof Kononowicz - rzetelny kandydat na pre...
Krzysztof Kononowicz - Napad na matke
Gorący sex w kuchni
Bramkarskie umiejętności
Gol po japońsku
Lotto Polsat
Dart 501
Viper Race
Magiczny striptiz
Giertych o zmianie płci
Lefortowo - tunel śmierci
Miss Zidane
Bank Spermy
Super autobus
Sex BomB
Głupia mucha
wiecej...
___________
Często zażywane:
Gorący sex w kuchni
SeX w Piekle!
Magiczny striptiz
Orgazm w myszce
Rozbieranka
Tele2
Tyłeczki - odsłaniamy!
Holio XXX
Sex BomB
Piersiowy Test
siMHecny Humor
poleca:

Dodaj linka do twojej strony --> szczegóły

Statsy
stat4u
Polecamy
Oddział ZAMKNIĘTY WITA!!! GONZO

No cóż, nie będę ukrywał - GONZO obumiera. Cierpię na brak jakiejkolwiek weny twórczej odnośnie dalszych przygód naszego bohatera. Dlatego też na bliżej nieokreślony czas GONZO zostaje zawieszony w czasoprzestrzeni. Chyba, że...

   pierwsza w nocy, Gonzo pierze skarpetki w łazience. namydlił ręce, nagle słyszy jak ktoś dobija się do drzwi. pewnie ojciec wraca do domu zajebany w 3 dupy. idzie otworzyć bo tamten pewnie nie może trafić w dziurę i będzie sie tłukł chuj wie jak długo. przekręca zamek, otwiera drzwi i wraca do łazienki. nawet nie chce na to patrzeć, kątem oka dostrzega, że miał rację. tatuś napierdolony opiera się o barierkę. oczywiście nie ma nadziei na ciszę i spokój. jak przewidywał jest powtórka z rozrywki.
  tatuś kilka godzin wcześniej poszedł dalej pić, bo jak wrócił nikt mu żreć nie dał. oczywiście miał rację. jak zawsze zresztą. nieomylny omnibutas - miało być k ale mu odpuszcze -pomyślał Gonzo. tatuś chce znowu iść, bo wie że będzie zatrzymywany i jednocześnie w centrum (uchowaj święt boże i wszycy możliwi od takiego centrum) rozrywki.

   matka oczywiście przegrywa w gadkach słownych z nakręconym (czyt. najebanym) tatusiem . woła na ratunek córę, która gada jak do psa który i tak jej nie słucha. dobrze, że Gonzo nie widzi tych groąnych min, bo chyba padłby ze śmiechu, co oczywiście dramatycznie pogorszyłoby sytuację.
   Gonzo omija bokiem całe towarzystwo, które piknik swój miało w przedpokoju i idzie do kuchni. napewno spostrzeżony, na szczęście nie zaczepiony. w telewizji miał być film o II wojnie, ale postanawia darować sobie oglądanie, aby w ferworze nieszczęśliwego życia, które wypłakiwane jest publicznie wobec domowników (a jak sie da nie tylko) przez ojca nie musieć w tym uczestniczyć co jest równie przykre, co drażniące nozdrza od produktów mniej lub bardziej oktanowych i jednocześnie prowadzących do coraz to nowych powikłań podczas łzawego porodu własnego bólu, dotąd - jak sugeruje bohater - skrzętnie skrywanego podczas bezsenncyh majaczeń, do którego nikt inny nie miał dostępu i nie jest sobie w stanie wyobrazić koszmaru jakim on jest, aż do tej chwili kiedy pozbywszy się go poprzez utopienie w morzu głebokim i rozkołysanym odważył sie ujawnić całą prawdę.
   szlochania i wycia dorównują tym cmentarnym hienom, które idą tylko po to żeby wyć a ludzie ich słuchają za pieniądze pogrążonych w głębokim smutku.
   to dom czy cmentarz - pomyślał gonzo - niedługo zmieni się w szpital albo kostnice -gorzko uśmiechnął się do siebie i troche pogłosił radio, by zwiększyć skuteczność kurtyny chroniącej go od żałosnego przedstawienia zza ściany.

   skutecznie Gozno został zamknięty w czterech ścianach - i absolutnie nie jest ważne czy swojej cz ludzkiej - ważne, że skutecznie w czterech ścianach jest zamknięty. głupoty. bez wyjścia. znaczy jest, ale trzeba walić łbem w te cztery ściany, czy głupotę, jak kto woli i wtedy może uda się wybić jakieś wyjście. z głupoty albo z głowy. wiele możliwości nie ma. w każdym razie Gonzo jest uwięziony nie z własnej woli, choć prawdopodobnie z własnej woli - od pewnego momentu i ciężko powiedzieć którego - tak trwa.
   teraz to już chyba tylko jaka atomówka mogłaby go wyzwolić. jeśliby było co zbierać. szkoda atomówki. przyda się, jak jaki kontynent się znudzi. tak, tylko jakieś porządne pierdut popędziłoby Gonzo kota, żeby zaczął żyć. naprawdę. naprawde żyć. bo to co jest teraz, to nic innego jak roślinka, taka w doniczce. rośnie, rośnie i żadnego z niej pożytku. jest bo jest. gdyby nagle znikła, to by zabolało estetyczny zmysł, bo brak, bolałby brak czegoś, co jak zdaje się od zawsze tu było. a tu nagle - nie ma. wpierdut. amba i nic.
   Gonzo z przerażeniem patrzy na swoje życie. zjeżdża niepowstrzymanie po równi pochyłej. ponure myśli przerywa sapanie zza ściany. to lokator z mieszkania obok podczas swojej codziennej popołudniowej drzemki. pewnie śni teraz o pięknej blondynie, która rozłożonymi obejmuje go odnóżami, by wchłonąć w ciemną czeluść swego pożądania, po czym przeżuć i wypluć ku przebudzeniu.
   za oknem słoneczko pięknie świeci, życzie toczy się zwyczajnie. i tylko tak.( "to przykre" - myśli Gonzo - "źle ze mną, ale szkoda dnia".) sapanie ustało. bez gwałtownych ruchów, posuwisto-falujących się obyło. cisza. krótko było, ale namiętnie. prawdopodobnie.
   Gonzo przypomina się Tia. kobieta o cudownych kształtach, z przemiłą umiejętnością zapożyczoną od odkurzacza. Gonzo poczuł, że krew odwiedza opuszczony dom, który ożywa wspomnieniami. tyleż cudownymi, co jeszcze krótszymi. Tia miała wszystko to, czego może pragnąć i pożądać facet, nawet taki o małym rozumku. konkluzja z tego wynikająca wywołała gorzki uśmiech. Gonzo sięgnął do szuflady po papierosa. wspomnienia aczkolwiek wtedy wyuzdane, znaczy udane, dziś są... niemiłe.
   Po chwili wstał i ruszył do drzwi wyjściowych. założył buty i już go nie było.


   pogrążony w rozmyślaniach spacerował ulicą i ani się spostrzegł kiedy ostatni dom był już kawał drogi za nim. podświadomie znalazł się blisko lasu, gdzie latem często bywał zbierając grzyby i myśli. ciężko powiedzieć, co mu lepiej szło. powodowany bliżej nieokreśloną potrzebą fizjologiczno-duchową zaszył się w leśną gęstwinę.
   wsłuchując się w odgłosy lasu, które nadspodziewanie dobrze koiły jego kurwice szedł bez celu i azymutu. las wieczorem na krótką chwilę przed zapadnięciem zmroku ożywał dziwnymi, czasem niepokojącymi dźwiękami, ale tylko dla dusz mieszczuchów. Gonzo był zmutowanym mieszczuchem, więc radził sobie z cieniami i innymi niespodziankami. gdzieś w pobliżu zahukała sowa oznajmiając wszem i wobec, że głodna i szuka przekąski. powoli zmierzchało. Gonzo spojrzał poprzez liściastą koronę drzew i dostrzegł pierwszą gwiazdę.
   w tym momencie wyrżnął w drzewo. nie dlatego, że go nie dostrzegł. nie spostrzegł, że wokół kostki owinęły mu się wnyki[...] (pułapka z drutu na zwierzęta?) i po błyskawicznym zaciśnięciu się krzyknęły: Halt!!! ponieważ nie usłuchał użyło siły w postaci drzewa. kiedy leżąc na ziemi spoglądał na niebo uświadomił sobie, że strasznie szybko pociemniało, a i gwiazd gwałtownie przybyło.
   oszołomienie nie trwało na szczęście długo - mniej więcej tyle co przeciętny seks. kiedy pozbierał się do kupy, obejrzał swoje ubranie czy jakimś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności jakiejś nie ma na sobie. podczas tej niepokojącej przed zakończeniem czynności usłyszał dźwięk, który odbiegał swym brzmieniem od otoczenia.
   coś jak cichy pisk, może jęk.
choć słoń nadepnął mu na ucho po urodzeniu, a reszty dokonał heavy-metal lub jak mawiali starzy "co to kurwa jest?" - to jednak udało mu się wytropić źródło tego czegoś. to coś było duże, miało cztery nogi i zamglone oczy.
   leżało jakieś 15 metrów od miejsca bliskiego spotkania z drzewem i wyglądało na sarnę, która ucierpiała podobnie jak on. niestety ten nieopierzony Bóg nie wyposażył jej w palce, przez co jej sytuacja w porównaniu z Gonzem była po prostu tragiczna.
   na jego widok próbowała zerwać się i uciec, jednak po upływie kilku setnych sekundy zwaliła się z powrotem między krzaki jagód, a inne coś. uporczywie jednak jedną nogą machała dając sobie złudzenie, że biegnie, że ma szanse.
   pewnie podejrzewała, że to zbliża się przeznaczenie i próbowała mu się wyrwać. godne pochwały i strasznie dołujące. Gonzo próbował ocenić sytuację. widok biednego zwierzęcia wywołał ogromne pokłady smutku skrywane zazwyczaj na tego typu i podobne okazje w każdym z nas. zwierzę wymagało natychmiastowej pomocy. inaczej chwile miało policzone.
   Gonzo popadł jednak w tak duże odrętwienie wywołane przedawkowaniem smutku, że musiał usiąść, by zebrać myśli, bez których nie różnił się niczym od obok leżącej. uznał, że to ona, albowiem miał nadzieję, że lepiej to wpłynie na jego ego, gdyż - nie ważne, że naciągany - w ten sposób poczuje się jak rycerz, który ratuje uwięzioną przez złego ( beee ) kłusownika - sarnę! tak to był dobry pomysł.
   od razu nastrój Gonza poprawił się do tego stopnia, że postanowił zapalić - zawsze wtedy lepiej mu się myśli.





substancje smoliste alias smoła skutecznie przegoniły złe myśli precz, a nikotyna przywołała zdolność jako takiego myślenia. sarna zastygła w oczekiwaniu. trochę jakby pogodzona ze swoim losem, w jej mniemaniu parszywym.

Gonzo zbliżył się z zamiarem usunięcia zaciśnietych do krwi wnyk z nogi uwięzionej, jednak nie był on tak oczywisty - zamiar - dla pokrzywdzonej, toteż Gonzo poczuł tylny prawy podbródkowy, natomiast jego siła uhonorowała go drugim tego dnia, jakże niemiłym, spotkaniem bardzo bliskim z pobliskim drzewem. warto nadmienić, że tym razem było to inne drzewo. Gonzo znieczulony ciosem przez chwilę nie czuł, że papieros, który jakimś cudem pozostał tam gdzie był, a właściwie to co z niego zostało, czyli filter i gorący żar, przygotowuje pieczeń z jego wargi dolnej i górnej. z wściekłością wypluł go, a ból momentalnie postawił go na nogi. ręka próbowała złagodzić wstrętne uczucie w niczym podobne do tych przyjemnych relaksacyjnych technik przy pomocy kobiety, a właściwie jej języka i warg. ta myśl na chwilę uspokoiła go, jednak pieczenie nie ustało. wywołało to burzę w jego krwi, która pełna wściekłości uderzyła mu do głowy. schylił się i podniósł całkiem niezłego badyla ala bejsbol i począł zbliżać się do zwierzecia. przed ponownym rozpoczęciem operacji "Piękna i bestia" postanowił znieczulić bestie. wziósł swe narzędzie znieczulające, przymierzył i kiedy miał uśpić pacjenta w jego nozdrza wdarł się niepokojąco intensywny, gęsty dym, który otoczył go natychmiast i zaciemnił obraz sytuacji.

   Goznzo gwałtownie obrócił się i zobaczył jak wulgarnie wywalone języki liżą w pornograficzny, obrzydliwy sposób nieletnie drzewa. erotyzm sytuacji w jednej chwili uleciał z dymem, kiedy zrozumiał, że ten seks kończy się śmiercią. ogień w tym wypadku nie różni się niczym od modlishki. rzucił się w płomienie, by walczyć z odrażającymi płomienia niemoralnymi propozycjami. postanowił poświęcić swój podkoszulek z napisem "cool kitz of def" i niczym zapaśnik judo rzucił się w zapasy z ogniem.
   kiedy już się wydawało, że przeciwnik położony na łopatki przegra przez yppon, z lewej jego strony wydarła się na wolność wielka czerwona łapa i częściowo go oskalpowała, co rozwścieczyło Gonzo w sposób, którego opisać nie można. pomroczność jasna opanowała go całkowicie, dlatego krzyknął: "Idź na całość", by w ten sposób dodać sobie otuchy, szeroko rozstawił nogi przyjmując nieugiętą postawę i z głęboką determinacją rozsunął rozporek.
   strumień wolności wystrzelił ku oprawcy zadając mu dotkliwe straty. w ferworze walki nawet nie wziął pod uwagę możliwych konsekwencji tego czynu. toksyczna broń użyta na przeciwniku okazała się wbrew pozorom skuteczna. siła ognia topniała w oczach, by z sykiem ujść w rozsypkę na tysiące malutkich ognisk zapalnych (które systematycznie Gonzo pozbawiał złudzenia przetrwania swoimi traperami kończąc tę nierówną walkę jako boh) i toczyć już tylko i wyłącznie wojnę partyzancką.
   Dumny z siebie Gonzo opróżnił do końca własny wóz strażacki i oddalił się czym prędzej na bezpieczną odległość, aby przeciwnik nie dopadł go, dzięki oparom broni chemicznej, którą niejako dostał w prezencie.

   wtedy głośne prychnięcie przypomniało Gonzo pierwotny cel jego misji. las uratował przy okazji. teraz ona. bejsbol zapodział się gdzieś i o znieczuleniu nie ma mowy. na szczęście pobliska wojna raniła dymnymi odłamkami zwierzę, które oszołomione wydawało się bezbronne. Gonzo nie miał jednak pewności, że faktycznie tak jest, dlatego postanowił najpierw uwolnić drzewo od wnyków. drut wyjątkowo niechętnie współpracował, ale Gonzo będący "na gazie" po walce, poradził sobie po krótkiej szamotaninie. wolne drzewo podziękowało szumnie, na co Gonzo nie zwrócił uwagi zajęty obserwowaniem leżacej obok ofiary podstępnej żmiji, której jeden koniec spoczywał w jego ręce. przymknięte oczy dawały szanse, że zwierze zemdlało i jest możliwość szybkiego i bezbolesnego uwolnienia z niewolniczych pęt.
   zbliżył się powoli i czujnie, aby w razie potrzeby móc dać drapaka. najciszej jak potrafił pochylił się i ... nagle zawył z ogromnej radości, ponieważ w jego ręku spoczywał dobry uczynek. jednocześnie odskoczył chroniąc się przed ewentualnym, nagłym przebudzeniem wolnej istoty. posunięcie jak najbardziej prawidłowe. zwierzę w tym samym momencie zerwało się, chwilę przyglądało się Gonzo, a odkrywszy, że nic już nie pęta nogi, czym prędzej w dość kulawy sposób oddaliło się.

   wzruszony Gonzo pomachał ręką sarnie, która odwdzięczyła mu się tym samym machając bielszą częścią tyłka pośród drzew. po chwili zapadła cisza i ciemność. powoli, tak by znowu nie zaprzyjaźnić się z jakimś drzewem Gonzo ruszył w kierunku domu. w ręku dzierżył trofeum - wnyk, lekko zakrwawione świadectwo tego, co uczynił. cała akcja wprawiła go w straszliwie przecudny humor.
   gdzieś trzasnęła jakaś gałązka. wracał śpiewając pod nosem "przybyli ułani pod okienko, stukali...". niedaleko odezwał się lekarz wybijający z głowy robalom las i drzewa. Gonzo podskoczył raz i drugi, strzelił hołubca, czego mało nie przypłacił wiadomo czym. nic jednak nie mogło zepsuć mu dobrego nastroju. wędrował rytmicznym krokiem. adrenalina odpływała.
   horyzont lekko przejaśnił się, drzewa przerzedzały się. usłyszał szczekanie jakiegoś wściekłego, wiejskiego kundla, który nic nigdy innego nie ma do roboty jak tylko wrzeszczeć i wrzeszczeć. ostatnie drzewa jeszcze nieudolnie próbowały zastawiać mu drogę. dość nie skutecznie trzeba przyznać. zahukała znowu sowa. łowca w akcji. Gonzo obejrzał się pożegnalnym spojrzeniem przytulając las i wszystko to, co skrywał. odwracając się musiał gwałtowanie zahamować ABS'owo, aby nie wyrżnąć. i co najdziwniejsze - nie w drzewo.

   dokładnie przed jego oczami znajdował się otwór, którego nie powinno tam być. wisiał w powietrzu jakby lewitując. od zezowania w ten otwór oczy Gonzo zaczęły łzawić. Gonzo zamrugał powiekami i powoli obchodząc wzrokiem brzeg otworu podążył ku jego pochodzeniu. okazał się on być zakończeniem metalowej rury, na początku której majaczył jakiś cień.

   "Mam cię gagatku" - zaryczał cień.
Gonzo zdębiał.
   "Ccco, kkto, ktoo... ?" - zdołał wykrztusić.
   "Gdzie to masz ?" - ryczał jeszcze głośniej cień.

- "ale o cco chhodzi" - wyjąkał zdezorientowany Gonzo.
patrzył w lufę dubeltówki, którą trzymał bliżej nieokreślony cień, zapewne człowieka, może wariata, który zadawał pytania, na które nie znał odpowiedzi.
- "OSTATNI RAZ zapytam - gdzie to ukryłeś?" - spokojnie, ale z wyczuwalną, ukrytą gdzieś w tle furią pytał cień.
Gonzo próbował coś z tego zrozumieć, znaleźć jakieś wyjście z sytuacji zdecydowanie nieciekawej.
- "Sam tego chciałeś" - wysyczał cień w odpowiedzi na uporczywe milczenie.
- "Idziemy" - machnął dubeltówką w kierunku, w którym wcześniej zmierzał, teraz już tak nie rozradowany, Gonzo. przed oczami miał cały czas obraz tego, co ta dubeltówka mogłaby zrobić z jego głową. pokornie maszerował przed siebie wzdłuż lasu ścieżką, która zapewne nie doprowadzi go tym razem do domu. został upolowany przez jakiegoś świrniętego cienia.
- "stój" - usłyszał po chwili - "odwróć się".
   kiedy stanął twarzą w twarz z cieniem, poczuł jak wznosi się nad ziemię i ulatuje gdzieś w przestrzeń, by po chwili gwałtownie zatrzymać się. Gozno miał się nigdy nie dowiedzieć, że tego właśnie dnia, w tej właśnie chwili po raz trzeci zaliczył bliskie spotkanie, tym razem z brzozą. tracąc świadomość poczuł jak ponownie wznosi się ponad ziemię, a następnie zostaje ciśnięty niczym worek kapusty . nie wiedział gdzie wylądował, gdyż w momencie lądowania dawno już nie panował nad żadnym ze swoich zmysłów.


  Emma spacerowała po pokoju usilnie próbując dopracować szczegóły wyprawy, którą wbiła sobie do głowy już dawno temu. wiedziała, że najgorsze co ją czeka to początek. jak przetrzyma pierwsze dwa dni, to potem powinno być z górki. a jeśli nawet nie będzie z górki, to już co nieco się zahartuje. bała się ogromnie, bo nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiła. nie znała też nikogo, kto mógłby podzielić się doświadczeniem.
  strach może wygrałby i odwiódł ją od wyprawy, gdyby nie ekscytacja, tym co ją czekało. w wyobraźni przeżywała każdą chwilę tego, co dopiero ją czekało.
  podniecona własnymi myślami ubrała się i wyszła na spacer zażyć trochę świeżego powietrza. po podwórku biegał Burek, który na jej widok z radości popuścił płynów zapachowych i błyskawicznie znalazł się obok, niuchając i czekając. Emma pogłaskała go, co wprowadziło psa w stan ekstatyczny, podobny do tego w jakim znajdowała się jego Pani. u niego objawiało się to jednak inaczej - błyszcząca, różowa część jego psiskości gwałtowanie ujrzała światło księżycowe i uśliniła się. Emma zganiła bezwstydnego czworonoga, ale z uśmiechem, gdyż nie umiała się gniewać na jego naturę bezwstydną z jednej strony, ale z drugiej tak przyjazną i wierną.
  będzie jej brakować Burka. zresztą wielu rzeczy będzie jej tu brakować, ale napewno nie jednej. ojca. nienawidziła go. despotą wiekszym był chyba tylko Hitler i Husajn. jakże często chciała go zabić. wyobrażała sobie jak wchodzi do kuchni, zbliża się do lodówki po piwo, ona w tym momencie bierze nóż, nie całkiem mały i wbija mu go w szyję przecinając tętnice. krew wylewa się z niego strumieniami, kiedy próbuje wyciągnąć zimną stal. ona stoi i patrzy jak życie wypływa z niego kałużami.
   tak zamyślona stała przez chwilę głaskając Burka. w oddali mignęły samochodowe światła samochodu. przyglądała się przez chwilę i nabrała pewności, że to ojciec wraca z roboty. nie miała ochoty widzieć jego gęby, poszła więc w kierunku sadu, gdzie pod jabłonką stała ławka. przysiadła na niej z nieodłącznym Burkiem. zanuciła piosenkę "z plecaka chleb wyjęty, garść soli/ kawałek sprytem zdobytej kiełbasy/ chcemy noc przeskoczyć ciemną, niepewną/ z biletem kupionym w nieznane". pogrążyła się w marzeniach.

CDN...


komentarz[4] |

© 2004 siMHecny Humor. Wszelkie prawa zastrzeżone.

engine powered by jPORTAL 2(jportal2.com) & RM_PACK (http://net-planet.us)
powered by malogoszcz.info and mahatma.pl.



Losowe wybrane zdjęcia:
tylko_w_chinach.jpg

galery więcej zdjęć
PASKUDNE ZOO :
[1] [2] [3]

Zalecana min. rozdzielczość do przeglądania strony: 1280x800